Wiecie, w życiu jest taki moment, że przestaje się marzyć, a zaczyna się planować. Marzenia zostają gdzieś z tyłu, razem z kucykami na głowie i różowymi sukienkami.. a naprzód wysuwa się to, co chcemy robić w przyszłości. Cele, plany.. No właśnie.
Z marzeń wystarczy uczynić cel. Chować go gdzieś głęboko w sercu. Wrócić do codziennej rutyny. Powtarzać te same czynności. Ale nigdy nie spuszczać tego celu z oczu. Miejmy go przed sobą, niemal na wyciągnięcie ręki.
Moje marzenia.. zawsze były jakieś inne.
Nie chciałam jako pięciolatka mieć jednorożca ani konia na biegunach, nie oglądałam bajek o lalce Barbie, a prawdziwym lalkom malowałam na czarno powieki, bo "brakowało im tego czegoś".
Potrafiłam w przedszkolu płakać całymi dniami, bo "jak ta wskazówka okręci się dwanaście razy to przyjdzie mama" nie sprawdziło się w praktyce, a ja nie byłam aż tak głupim dzieckiem. Nie lubiłam, kiedy ktoś mnie okłamywał.
A kłamstwo mogę poznać z marszu.
Kochałam chodzić do dentysty, ale nienawidziłam nadmiaru zakupów. W żadnej formie. Urodziłam się bałaganiarzem tak wielkim, że sama nie jestem pewna, co mam w pokoju i za niedługo stracę z oczu arcyinnowacyjny wieszak na kurtki, który nigdy kurtki nie spotkał..
Kiedy miałam osiem lat odkryłam w sobie zamiłowanie do sportów, gdzie pies stanowi główny filar - kupiono mi pierwsze frisbee, służące jako narzędzie tortur dla mojego psa, bo za nic nie wiedziałam, w jaki sposób nim pokierować. Parę lat później odkryłam, że nie mam zielonego pojęcia, kim chcę być, a moje marzenia zatrzymały się na etapie wystąpienia w hollywoodzkim filmie.
Do tej pory nie wiem, co jest moim celem. I chyba dlatego utknęłam w miejscu.
Chciałabym móc się określić na tyle, żeby nad odpowiedzią "jako kto chcesz pracować" nie dumać trzy dni i trzy noce, ale prawda jest taka, że jak na razie dążę do dalszego marnowania się.
Utknięcia w miejscu nie da się nie zauważyć. W pewnym momencie po prostu czujesz, że twoje dziecięce plany zeszły za kulisy, a ty podporządkowujesz się pod czyjś scenariusz. Ba, jeszcze gorzej. Dostajesz do odegrania samego siebie.
Czujesz, że nie masz już żadnego asa w rękawie, że świat cię ogranicza, że skończyły się wyjścia i kierunku na studiach... nie możesz już nawet napisać w zeszycie kolejnego podpunktu rzeczy do zrobienia.
Nie możesz, bo nie wiesz, co mogłoby to być.
Kiedy kupiłam (Ja kupiłam.. dajecie wiarę?) notes z napisem "Never give in" z myślą, że spiszę w nim wszystko - co do joty - nie pomyślałam o tym, że przy celach, rzeczy pozornie tak prostej, zatrzymam się jak auto z pustym bakiem.
A teraz stoję, stoję i stoję.. No i czekam na jakiegoś bohatera, który dowiezie mi benzynę.
Punkt pierwszy - studia za granicą....?
Nie, skreślić. Źle.
Szukam do tej pory jakiejś inspiracji do pierwszego i jednocześnie najważniejszego punktu.
Szukam i czuję się jak dziecko we mgle.
Przecież nie napiszę "być szczęśliwa", bo to banał większy od "miło mi cię poznać" i trudny do realizacji.
Niemożliwy do realizacji.
Bo szczęścia, moi Drodzy, nie da się zaplanować.
Tak więc stoję sobie w miejscu, gdzieś na środku pustkowia, bez pomysłu, co robić dalej.
I miło by było, gdyby ktoś spadł z nieba z neonową strzałką jak w Kac Vegas i pokazał mi gdzie, do cholery, mogę iść, bo straciłam rachubę.
Chyba wszyscy w końcu tracą.
Biorąc za przykład moją wspaniałą mamę, której nigdy źle nie życzyłam:
obrała sobie coś za cel, dostała śmieszny papierek i ukończyła studia z wysoką średnią, a i tak nie pracuje tak jak chce. Zwyczajnie nie mogła przewidzieć, że nie wszystko pójdzie po jej myśli, a ja boję się jeszcze bardziej, że moje wszystkie marzenia diabli wezmą. I że skończę jako smutna, szara osóbka, a nie ta tryskająca energią, która mówi, co myśli i nigdy nie potrafi pohamować języka.
Przeraża mnie taki scenariusz, przeraża mnie przyszłość i fakt, że kiedy obiorę sobie jakieś marzenie za cel to rozczarowanie przeżyję podwójnie.
Słabo, co?
Są chwile, kiedy faktycznie chcę zabłysnąć i to nie przez posypanie się brokatem, a są takie, że chowam głowę w piasek jak struś.
Jednak największym problemem ludzi jest to, że boją się marzyć bardziej od pająka przyczepionego do twarzy.
Za marzenia jeszcze nikogo nie zamknęli, za ich realizację - sama nie wiem.
Wiem, że realizowanie moich marzeń nie zawsze szłoby z prawem ramię w ramię. Nieważne.
Marzmy więc ile wlezie, a resztę zostawmy na potem.
Może, tak jak ja, zapisujcie sobie to wszystko w notesie z Never give in, Be yourself albo innym motywującym tekstem. Może tak jak ja poczekajcie na tego bohatera, który dostarczy benzynę.
Albo nie róbcie nic i poczekajcie na to, co się stanie. Bo kiedyś się stanie. Z Wami, bez Was. Wszystko ma gdzieś swoje miejsce.
A gdzie? Chciałabym wiedzieć.
czwartek, 29 października 2015
piątek, 23 października 2015
Nie wiem
Nie wiem, który to już blog. Pogubiłam się trochę w tych wszystkich liczbach.
Tak czy inaczej piszę teraz o wszystkim. Bawię się ze słowami, bawię się z psami, bawię się z książkami. Z wieloma rzeczami się bawię. Dalej pstrykam fotki, jeżeli kogoś to interesuje.

Nie wiem też, czy znajdę chęci, żeby napisać cokolwiek. Jeżeli powiem, że post będzie jutro.. spodziewajcie się go dwa tygodnie później. Uroki.. uroki bycia mną?
Cóż, sami sprawdźcie, czy coś Was zainteresuje.
Do.. kiedyś tam!
Tak czy inaczej piszę teraz o wszystkim. Bawię się ze słowami, bawię się z psami, bawię się z książkami. Z wieloma rzeczami się bawię. Dalej pstrykam fotki, jeżeli kogoś to interesuje.

Nie wiem też, czy znajdę chęci, żeby napisać cokolwiek. Jeżeli powiem, że post będzie jutro.. spodziewajcie się go dwa tygodnie później. Uroki.. uroki bycia mną?
Cóż, sami sprawdźcie, czy coś Was zainteresuje.
Do.. kiedyś tam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
