czwartek, 29 października 2015

Marzenia...?

Wiecie, w życiu jest taki moment, że przestaje się marzyć, a zaczyna się planować. Marzenia zostają gdzieś z tyłu, razem z kucykami na głowie i różowymi sukienkami.. a naprzód wysuwa się to, co chcemy robić w przyszłości. Cele, plany.. No właśnie.
Z marzeń wystarczy uczynić cel. Chować go gdzieś głęboko w sercu. Wrócić do codziennej rutyny. Powtarzać te same czynności. Ale nigdy nie spuszczać tego celu z oczu. Miejmy go przed sobą, niemal na wyciągnięcie ręki.

Moje marzenia.. zawsze były jakieś inne.
Nie chciałam jako pięciolatka mieć jednorożca ani konia na biegunach, nie oglądałam bajek o lalce Barbie, a prawdziwym lalkom malowałam na czarno powieki, bo "brakowało im tego czegoś".
Potrafiłam w przedszkolu płakać całymi dniami, bo "jak ta wskazówka okręci się dwanaście razy to przyjdzie mama" nie sprawdziło się w praktyce, a ja nie byłam aż tak głupim dzieckiem. Nie lubiłam, kiedy ktoś mnie okłamywał.
A kłamstwo mogę poznać z marszu.
Kochałam chodzić do dentysty, ale nienawidziłam nadmiaru zakupów. W żadnej formie. Urodziłam się bałaganiarzem tak wielkim, że sama nie jestem pewna, co mam w pokoju i za niedługo stracę z oczu arcyinnowacyjny wieszak na kurtki, który nigdy kurtki nie spotkał..
Kiedy miałam osiem lat odkryłam w sobie zamiłowanie do sportów, gdzie pies stanowi główny filar - kupiono mi pierwsze frisbee, służące jako narzędzie tortur dla mojego psa, bo za nic nie wiedziałam, w jaki sposób nim pokierować. Parę lat później odkryłam, że nie mam zielonego pojęcia, kim chcę być, a moje marzenia zatrzymały się na etapie wystąpienia w hollywoodzkim filmie.
Do tej pory nie wiem, co jest moim celem. I chyba dlatego utknęłam w miejscu.
Chciałabym móc się określić na tyle, żeby nad odpowiedzią "jako kto chcesz pracować" nie dumać trzy dni i trzy noce, ale prawda jest taka, że jak na razie dążę do dalszego marnowania się.
Utknięcia w miejscu nie da się nie zauważyć. W pewnym momencie po prostu czujesz, że twoje dziecięce plany zeszły za kulisy, a ty podporządkowujesz się pod czyjś scenariusz. Ba, jeszcze gorzej. Dostajesz do odegrania samego siebie.
Czujesz, że nie masz już żadnego asa w rękawie, że świat cię ogranicza, że skończyły się wyjścia i kierunku na studiach... nie możesz już nawet napisać w zeszycie kolejnego podpunktu rzeczy do zrobienia.
Nie możesz, bo nie wiesz, co mogłoby to być.
Kiedy kupiłam (Ja kupiłam.. dajecie wiarę?) notes z napisem "Never give in" z myślą, że spiszę w nim wszystko - co do joty - nie pomyślałam o tym, że przy celach, rzeczy pozornie tak prostej, zatrzymam się jak auto z pustym bakiem.
A teraz stoję, stoję i stoję.. No i czekam na jakiegoś bohatera, który dowiezie mi benzynę.
Punkt pierwszy - studia za granicą....?
Nie, skreślić. Źle.
Szukam do tej pory jakiejś inspiracji do pierwszego i jednocześnie najważniejszego punktu.
Szukam i czuję się jak dziecko we mgle.
Przecież nie napiszę "być szczęśliwa", bo to banał większy od "miło mi cię poznać" i trudny do realizacji.
Niemożliwy do realizacji.
Bo szczęścia, moi Drodzy, nie da się zaplanować.
Tak więc stoję sobie w miejscu, gdzieś na środku pustkowia, bez pomysłu, co robić dalej.

I miło by było, gdyby ktoś spadł z nieba z neonową strzałką jak w Kac Vegas i pokazał mi gdzie, do cholery, mogę iść, bo straciłam rachubę.
Chyba wszyscy w końcu tracą.
Biorąc za przykład moją wspaniałą mamę, której nigdy źle nie życzyłam:
obrała sobie coś za cel, dostała śmieszny papierek i ukończyła studia z wysoką średnią, a i tak nie pracuje tak jak chce. Zwyczajnie nie mogła przewidzieć, że nie wszystko pójdzie po jej myśli, a ja boję się jeszcze bardziej, że moje wszystkie marzenia diabli wezmą. I że skończę jako smutna, szara osóbka, a nie ta tryskająca energią, która mówi, co myśli i nigdy nie potrafi pohamować języka.
Przeraża mnie taki scenariusz, przeraża mnie przyszłość i fakt, że kiedy obiorę sobie jakieś marzenie za cel to rozczarowanie przeżyję podwójnie.
Słabo, co?
Są chwile, kiedy faktycznie chcę zabłysnąć i to nie przez posypanie się brokatem, a są takie, że chowam głowę w piasek jak struś.
Jednak największym problemem ludzi jest to, że boją się marzyć bardziej od pająka przyczepionego do twarzy.
Za marzenia jeszcze nikogo nie zamknęli, za ich realizację - sama nie wiem.
Wiem, że realizowanie moich marzeń nie zawsze szłoby z prawem ramię w ramię. Nieważne.
Marzmy więc ile wlezie, a resztę zostawmy na potem.
Może, tak jak ja, zapisujcie sobie to wszystko w notesie z Never give in, Be yourself albo innym motywującym tekstem. Może tak jak ja poczekajcie na tego bohatera, który dostarczy benzynę.
Albo nie róbcie nic i poczekajcie na to, co się stanie. Bo kiedyś się stanie. Z Wami, bez Was. Wszystko ma gdzieś swoje miejsce.
A gdzie? Chciałabym wiedzieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz